czwartek, 3 czerwca 2010

Post no.3: First non-hockey post. Teatralny łorkałt.

Oto pierwszy post, który nie jest związany z hokejem, a to dlatego, ze nie chce mi się opisywać porażki Blackhawks.

Wczoraj odbyłem fascynującą jak zwykle podróż do Żagania (whaaaat?!) w celu szlifowania naszej nowej sztuki „teatralnej”. Nie pisałbym o tym gdyby to była zwykła próba, bo wtedy nie byłoby o czym pisać. Wczoraj mieliśmy warsztaty z aktorem chyba z Zielonej Góry, zresztą nie wiem skąd. To była pierwsza próba w trakcie całego okresu przygotowań, która mi się naprawdę podobała. Oczywiście nie udało się zebrać wszystkich, także musieliśmy niektórych zastępować. Mieliśmy w planach zrobić końcówkę, bo cała reszta była już rozpisana na wcześniejszym spotkaniu z aktorem, na którym z powodu matur nie byłem obecny. Ale wracając do tematu, zaczęliśmy od sceny,  w której wychodzę zdenerwowany i mówię jakiś tam monolog. Zagrałem to jak zwykle nasz „reżyser” mi kazał. Po chwili dostałem polecenie od aktora żebym to zagrał inaczej. Jak się okazało był to taki sam sposób, w jaki grałem to wcześniej, zanim „reżyser” kazał mi to zagrać inaczej. Ale to nie jest ważne. Jedną scenę robiliśmy chyba ponad godzinę, graliśmy ją z miliard razy. Bardzo mi się to podobało, bo dzięki temu nasza sztuka będzie chociaż dobrze zmontowana. No i dzięki wielokrotnemu powtarzaniu nauczyłem się tekstu.

Warsztaty trwały 3,5 godziny, a po odejściu aktora zostaliśmy, żeby sobie wszystko powtórzyć. Było gorzej, znów zaczęły się przestoje, tak jakby to, że aktor sobie poszedł oznaczało powrót anarchii na scenie. Żeby jednak zrozumieć o co chodzi musimy się cofnąć do czasu gdy aktor był jeszcze obecny. Niektóre osoby za kulisami tak darły mordy, ze aktor musiał ich uciszać. To zazwyczaj skutkowało. Później jednak za kulisami rozgrywały się dantejskie sceny. Zazwyczaj by mi to nie przeszkadzało, ale wczoraj było tak fajnie, że zastanawiałem się czy się nie zdetonować. Nawet Fudalemu przeszkadzał hałas.

Teraz trochę o atmosferze w teatrze. Jest zupełnie inaczej niż rok czy dwa lata temu, kiedy to nasza ekipa była mniejsza i zawierała Zawiślaka. Nie mówię, że jest gorzej. Jest po prostu inaczej. W tym roku mamy dosyć dużą ekipę, jest duża rozpiętość wiekowa. Tym co różni ten rok od poprzednich lat jest to, że wcześniej cała ekipa była w miarę jednolita, wszyscy darzyliśmy się sympatią (no, czasami trochę mniej). W tym roku jednak część osób jest mi całkowicie obojętna, część denerwuje mnie swoim zachowaniem, część lubię, no i tak się niefortunnie złożyło, że jedna osoba jest przeze mnie bardziej lubiana niż inne. Wcale mnie to nie cieszy, zwłaszcza że bierzemy na scenie ślub :P Jeszcze gorzej – w związku z moim rychłym wyjazdem do Wrocławia na studia nie będziemy się przez długi czas widzieć. Być może to i dobrze, zaoszczędzę sobie cierpienia czy czego tam.

A teraz zakończenie, które zupełnie nie będzie związane z całym tematem posta. Mam nadzieje, że z tego chorego czegoś co się ze mną dzieje uleczy mnie Wrocław. Już raz się udało, może teraz będzie podobnie. Tylko że ja nie wiem czy chcę być wyleczony. Być może warto poczekać ten rok? Nie wiem, mam jeszcze cztery miesiące na podjęcie decyzji. Mój błąd: Hawek! Lokujesz uczucia nie tam gdzie trzeba! Xd

 

 

 

BAZZINGA!

1 komentarz:

  1. No no, czyli, że ja jestem tym mniej lubianym :D
    I powiadasz, że się zadurzyłeś w Orseccie?
    Czasami jednak się opłaca czytaj czyjeś Blogi :D
    Będę miał Cię czym szantażować.
    Muhahaha xD

    OdpowiedzUsuń