środa, 16 czerwca 2010

Post no.9: Po premierze. Awesome!

No i premiera za nami. Było super. To co dziś zrobilismy przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po raz pierwszy od trzech lat mojego grania w żagańskim teatrze KWADRAT graliśmy dla pełnej sali, nawet trzeba było donośić dodatkowe krzesła. Wspaniałe. Od razu gra się łatwiej. Nie obyło się oczywiście bez potknięć typu zapomnienie tekstu czy złe zajęcie miejsca na scenie. Pierwsza scena wyszła tak wspaniale, że w kulisach z Fudalim patrzyliśmy na siebie i nam szczęki opadły! Potem było dobrze. Zwłaszcza w scenie gdzie Fudi miał usiąść na skrzynce. Usiadł, ale się połamała. Ludzie zapewne mysleli, że to było zamierzone ale my za kulisami mieliśmy niezły ubaw. Na szczęście Rafał dobrze to ograł. Potem zdarzyło się jeszcze Hołodze zapomnnieć wejść na scenę przez co Piotrek ratował się mówiąc "Co, do nas skaczesz? Nas jest dwóch!". Ciekawy jestem czy ktoś zauważył nasze uśmiechy mimo powagi sytuacji. Dalej już większych wpadek nie było, poza tym że po poślubieniu Orsetty nie za bardzo wiedziałem jak mamy podejść na bok sceny i się lekko zderzyliśmy. Ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że w końcu ją poślubiłem :D Ukłon wyszedł jak wyszedł. Drugi był już chaotyczny, ale za to bardzo radosny. A na końcu dostaliśmy po dyplomach i upominkach od Klubu. Ja dostałem drugą kurę, zamieniłem się na plecak! xD

A teraz co nieco o grze aktorskiej i nie tylko. Zacznę od zdecydowanie najlepszej postaci w naszym teatrze. Fudali, bo o nim mowa, zagrał niesamowicie. On naprawdę się do tego nadaje. Z durgiej strony zaś stoję ja. Im dłużej jestem w teatrze tym bardziej widzę jaki jestem drewniany. Pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie gra naszych kobiet. Po próbach nie spodziewałem się czegoś takiego. Ale jak widać stres ujawnia większe umiejętności. O Magdzie nie będę pisał. Po prostu wiem, że to wszystko nie ma sensu. Ale jak znam siebie to się nie poddam, tylko doprowadzę do tragedii.

Nie wiem co pisać. Z jednej strony jestem szczęśliwy z powodu udanej premiery, z drugiej zaś pojawia się smutek i złość na siebie, że nie potrafię się przełamać i zachowuję się jak dupa wołowa. Czy innego radzieckiego uczonego. Dobra, dość samokrytyki. Nadchodzi czas na koniec wpisu. Idę oglądać drugą połowę meczu Urugwaj - RPA. Dobranoc.

PS. Paramore jest ładne. I ma adekwatne do mojej sytuacji teksty jak chociażby:

I'm not going
Cause I've been waiting for a miracle
And I'm not leaving
I won't let you
Let you give up on a miracle
Cause it might save you.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz