Woodstock, Woodstock i po Woodstocku. Liczyłem na to, że będzie fajnie, porynywalnie do tego jak było na Śląsku. Ale tego co było się nie spodziewałem. Tegoroczny Woodstock naprawdę wysoko podniósł poprzeczkę "fajności" przed Iławą. Było genialnie zarówno pod względem muzycznym, jak i pod względem społecznym (?).
Zacznę od początku. W czwartek z rańca (ok. godziny 11) pojechałem do Zielonej Góry na pociąg, który planowo miał być o 13:17. Miał jednak 40 min opóźnienia, a jak się póxniej okazało to niewiele zmieniało ponieważ tylko nielicznym udało się do niego wsiąść. Jako że na dworcu spotkałem Kapiego i spółkę to podczepiłem się pod nich i razem czekaliśmy na następny (15:37) pociąg, który również miał jechać z Wrocławia, więc pewnie też był pełny. Na szczęście przed przyjazdem tego drugiemgo PKP podstawiło pusty pociąg i jakoś udało się nam wejść, a nawet zdobyć miejsce siedzące. A co było w pociagu? Jaja niesamowite, ale ciężko to streścić. Wolę nie tracić miejsca na opisywanie pociągu szczegółowo. Tylko jedna rzecz jest warta wspomnienia. Kilka stacji przed Kostrzynem zaczęło coś dymiś spod kół. Musieliśmy się zatrzymać. Najlepszy w tym wszystkim był czyjś komentarz "Jedźmy, może nie spłoniemy do Kostrzyna".
Po dojechaniu na miejsce ruszyłem z buta w stronę woodstockowego pola. Było to parę kilomentrów drogi. Po drodze spotkałem Kravca. Pokazał mi gdzie nasz namiot i poszliśmy na piwo. Ogólnie czwartek (a raczej jego końcówkę, w Kostrzynie byłem koło 17:30) spędziliśmy na nicnierobieniu, wieczorem poszliśmy na chwilę w pogo pod małą scenę.
Piątek zaczął się od małych problemów z żołądkiem (dzięki, Krisznowcy!), ale później było już tylko lepiej. Spotkałem się ze Zdzichem i jego małym obozem, w którym spedziłem zresztą prawie cały Woodstock. Świetni ludzie. Tego też dnia przypadkiem wpadłem na Potę i na Calli, co było bardzo miłe. Z braku czegoś ciekawszego do roboty poszedłem na koncert Łąki Łan. Nie znałem wcześniej tego zespołu. Teraz żałuję. Koncert genialny. ŁŁ pokazali co to znaczy charyzma sceniczna. Potem czekałem na Lao Che. Wraz z Kravem poszliśmy odwiedzić jego gorzowskich znajomych. W sumie teraz też ich znam. Wieczorem usiedliśmy koło Wioski Kriszny i mówiliśmy wszystkim siema. Śmiesznie było. Potem koncert Lao Che, który wydawał mi się być najlepszym koncertem tego Woodstocku.
W sobotę nic bardzo ważnego sie nie działo, poza siedzeniem u Cicha, piciem piwa, free hugsami (nice!) i Kravcowym beer kiss incident. Jeśli chodzi o muzykę to spodobało mi się Panic Cell.
Niedziela to dzień, w którym zmeiniłem zdanie jeśli chodzi o najlepszy koncert. Ale po kolei. Z samego rana poszedłem z Kravcem i KOlinym do ASP na warsztaty improwizacji kabaretowej. Coś wspaniałego. Zaczęło się od ćwiczeń rozluźniajacych, a skończyło na improwizacji na scenie. Po niektórych moich tekstach dostawałem wieksze brawa niż kiedykolwiek w teatrze i od większej publiczności niż kiedykolwiek w teatrze. To naprawdę genialne uczucie. Żałuję tylko, że nie chodziłem na te warsztaty od piątku. Inicjatywo Sceniczna Fruuu z Zielonej Góry - jeszcze raz dzięki!
Po południu łaziliśmy to tu, to tam aby w końcu się wybrać na koncert Jelonka. W zasadzie to nie było go w planach, ale nam się spodobała muzyka kiedy przechodziliśmy niedaleko sceny. Jelonek dał czadu, w pogo były ściany, zabawa była przednia. Najlepsze jednak miało dopiero nadejść. Po Jelonku na scenę wszedł Jurek z zamiarem zakończenia Woodstocku. Najpierw jednak mieliśmy wykonać piosenkę specjalnie skomponowaną na tą okazję. Piosenka świetna. Mam nadzieję, że kotś nagrywał bo kiedy zespół dalej grał Jurek nawijał i nawijał. Ale nawijał zajebiste rzeczy. To był moment, w którym autentycznie poczułem się szczęśliwy. Rozejrzałem się, dookoła pełno ludzi, na scenie też było trochę. Po odśpiewaniu piosenki dwa razy, po dwukrotym śpiewaniu Sto lat i po zaśpiewaniu hymnu Woodstock się zakończył.
Wróciłem do domu brudny, niewyspany i lekko głodny. Ale tego co tam przeżyłem nie zapomnę. Widzimy się za rok na Woodstocku!
A tu mój mały ranking koncertów:
1. Jelonek + zakończenie Woodstocku.
2. Lao Che
3. Łąki Łan
Jeśli chodzi o muzykę to podobało mi się jeszcze Panic Cell, nowy zespoł Titusa, Orphan Hate i parę mniej znanych zespołów, których nazw zresztą nie pamiętam.
Jeśli jeszcze nie byłeś na woodstocku to na przyszy rok wpadaj i zobacz na własne oczy jaka świetna atmosfera tam panuje, jacy otwarci ludzie tam są i jakcy świetni artysci tam występują.
Z tego co słyszałam to Lao Che wcale nie było fajne w porównaniu z zeszłymi latami, Łąki Łan przespałam, a co do Jelonka to nie mam pojęcia KTO I DLACZEGO dał mu tego cholernego Bączka, były dziesiątki lepszych zespołów z zeszłego roku! W ogóle na jakieś kiepskie koncerty chodziłeś, nie wiem jak można było nie iść na Nigela, Lesia czy L.U.C ;p
OdpowiedzUsuńNa końówce Nigela byłem, Możdżera słuchałem z namiotu znajomych, który był jakieś 100m od sceny :P A co do Lao Che to nie wiem, nie byłem w zeszłym roku;p
OdpowiedzUsuńWLASNIE KIERWAA CZEMU NIE POSZEDLES NA L.U.C? toz to grzech ; p bylam na jego koncercie na slocie i musze przyznac, ze miazga totalna ; p
OdpowiedzUsuńjade za rok to sie moze zobaczymy ;p